Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > Adrian Fulneczek: Nie lubię podziału na formy

Adrian Fulneczek: Nie lubię podziału na formy

2013-04-26 Ala Turek, red
Adrian Fulneczek fot. Filip Lupa.html
Adrian Fulneczek/fot. Filip Lupa

Laureat konkursu KREATYWNI opowiada o swojej długoletniej pasji dziennikarskiej, zamiłowaniu do łączenia tekstów piosenek hip-hopowych z dramatami Szekspira oraz o wyższości Wrocławia nad Krakowem.

 

*******

 

Ala Turek, kulturaonline.pl: O zwycięstwo w konkursie Kreatywni walczyłeś długo i wytrwale. Recenzja filmu okazała się najlepszym tekstem lipca, piszesz jednak różne formy literackie.

Adrian Fulneczek: Piszę przede wszystkim dziennikarsko, bo z czegoś muszę żyć. A, że niestety pisuję o rzeczach jeszcze w naszym kraju niszowych, to takie też są płace. Efekt: sporo pisania dziennikarskiego i mało czasu na pisanie tzw. kreatywne lub twórcze. Najwięcej miesięcznie "wytwarzam" więc recenzji i... relacji meczowych. Jedne i drugie strasznie czasochłonne. Wcześniej zdarzały mi się też w miarę regularne reportaże, ale ostatnio je zaniedbałem, co muszę chyba zacząć naprawiać.

Porozmawiajmy jednak o pisaniu kreatywnym…

Jeśli o pisanie kreatywne idzie, bardzo nie lubię podziału na formy. Studiowałem coś nazwanego "Creative Writing" i do tego filologię więc musiałem przerobić właściwie wszystkie formy dokładnie jako krytyk i twórca. Nigdy nie lubiłem klasyfikowania, ale moją ulubioną byłaby pewnie mieszanka dramatu z rozrzuconą po kartce poezją, ale później nikt poza mną nie potrafiłby tego odpowiednio przeczytać. Wygląda to trochę tak, jak rzucana na płótno farba, którą zastępują słowa. To zabrzmi źle, ale: trochę jak u Apollinaire'a - mniej w tym planu i zdecydowanie więcej uczucia!

Pasję dziennikarską rozwijasz już od dobrych kilku lat. Wiedzę zdobywałeś na uniwersytetach we Wrocławiu i Krakowie. Nie mogłeś zdecydować się, które miasto jest lepsze do życia dla literatów?

Jeśli chodzi o filologów angielskich i specjalność literaturoznawczą, to nie mam wątpliwości, że lepiej i z większą pasją uczą tego w Krakowie. Wrocław jako pierwszy w Polsce miał jednak Kreatywne Pisanie na swoim dziennikarstwie i atmosferę wolności studenckiej, której inne miasta (z Krakowem na czele!) mogłyby się od niego uczyć za pieniądze.

Obecnie deklarujesz, że jesteś wrocławianinem z wyboru, dlaczego wybrałeś Wrocław?

Względy pozanaukowe i pozazawodowe (śmiech).

Literatura to twój konik, zwłaszcza dramaty amerykańskie XX wieku, podobno czytasz je pasjami.

Spędziłem kilka lat blisko Arthura Millera, bo był tematem mojej pracy licencjackiej. Polecam każdemu. Podobno obecnie nie czyta się w ogóle zbyt wiele, nawet prozy, ale chyba warto pomęczyć się też ze starszymi dramatami albo w ogóle z dramatem, który - jeśli ktoś nie studiował kierunku zbliżonego do mojego - kojarzy się wszystkim tylko z nudnymi lekcjami polskiego w gimnazjum i z tym, że pani pytała "co to są didaskalia". Mnie na szczęście trafiło się na obu kierunkach kilka pań prowadzących zajęcia, które zarażały pasją i zachęcały nawet do czytania, na pierwszy rzut oka przerażających rzeczy, jak dramaty sprzed kilku wieków. Prawie nigdy się nie rozczarowałem. Zaryzykujcie: przy np. "The importance of being earnest" O.Wilde'a będziecie śmiać się głośniej niż na komediach w kinach. Albo "Białe małżeństwo" Różewicza. Znacznie lepsze niż na deskach pewnego wrocławskiego teatru...

Podobno uwielbiasz mieszankę kultury wysokiej z niską, o czym piszesz na swoim blogu.

O tak, rzeczywiście jestem miłośnikiem mieszania kultury niskiej z wysokimi formami. Np. słów hip-hopowych piosenek albo współczesnego amerykańskiego talk-showu z dramatem Szekspira. (Przykład tutaj).
Wynika to często z tego, że na studiach przerabiałem np. bardzo sformalizowane teksty sprzed kilku wieków, a w życiu codziennym np. recenzowałem akurat jakąś nową płytę. Mieszanka powstawała naturalnie.

Wszystkie te eksperymenty możemy znaleźć na Twoim blogu?

Na blogu recenzuję rzeczy bieżące, ale też gdy sam odkrywałem coś starszego, starałem się pokazać to w sposób przystępny dla ludzi nie mających powodów, żeby interesować się np. sonetami z XV wieku. Mieszanka jest tam spora, od Masłowskiej przez Szekspira i Stachurę, po Polańskiego i reklamę piwa Perła.

W swoich tekstach po jaki temat najchętniej sięgasz?

Różnie. Obawiam się, że same ograne. I mówiąc patetycznie, prawie nigdy nie jest tak, że ja sięgam po temat, ale on sięga po mnie. Często wynika to z tego, co akurat czytam. Jeśli ostatnio nadrabiam np. wiedzę z filozofii pewnym grubym tomiszczem, to temat tego, że Sokrates zaniedbywał żonę i dzieci nasuwa mi się sam. Ale reguły nie ma. Kiedyś w związku z zadaną jednoaktówką napisałem coś o dwóch różnicach pokoleniowych pomiędzy dwoma żeńskimi dmuchawcami (takimi kwiatkami). Reguł naprawdę nie ma.

A od jakiego tematu starasz się trzymać z daleka?

Jestem na pewno fatalny w kryminałach: próbowałem kilka razy i zawsze moim jedynym pomysłem na zakończenie było uczynienie winowajcą kogoś, kto dotąd nie pojawiał się w tekście ani razu.

Od kilku lat jesteś dodatkowo piewcą futbolu amerykańskiego - dlaczego akurat ten rodzaj sportu?

Cóż, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Poszedłem któregoś zimnego dnia na trening wrocławskich futbolistów z zadaniem zrobieniem materiału do radia, w którym akurat pracowałem. Nic dźwiękowego z tego w końcu nie skleiłem, ale napisałem nagrodzony i wydrukowany w ładnym zbiorku reportaż. I tak to się zaczęło. Trafiłem akurat na moment przełomowy w rozwoju polskiej ligi (PLFA). Tworzyli (i nadal tworzą) ją ludzie grający za darmo i jeszcze sporo dopłacający do tego interesu. Prawdziwi pasjonaci i idealiści, a tacy zawsze przyciągają. Chciałem pomóc, a osób lubiących pisać i chcących pisać o futbolu wtedy naprawdę brakowało. To była dla mnie wielka odmiana po latach pisania o piłce nożnej, ale porzuciłem ją bez żalu na rzecz futbolu. Nie chciałbym poetyzować, ale w związku z tym, że nie gra się tutaj jeszcze o wielkie pieniądze, polski futbol ma w sobie coś czystego, naturalnego. Wszyscy zaangażowani w ten projekt – przynajmniej do niedawna – czuli chyba, że wspólnie budują coś wielkiego. Futbolowi amerykańskiemu udało się już nawet dotrzeć na Stadion Narodowy (w lipcu 2012 rozegrano tam finał ligi, na który przyszły 23 tys. kibiców i w tym roku finał odbędzie się również tam) więc może kiedyś rzeczywiście zostanie naszym nowym sportem narodowym. Nawet jeśli ten "amerykański" w nazwie trochę utrudnia sprawę...

Dziękuję za rozmowę.

  • Blog Adriana Fulneczka poczytacie tutaj.

Więcej o konkursie KREATYWNI znajdziecie tutaj.

 



  







Komentarze
  • Z wywiadu wynika,ze jezeli kiedys Artur napisze kryminal-to zaden czytelnik nie odgadnie osoby popelniajacej zbrodnie.To dopiero bedzie zaskoczenie! ;) A co do amerykanskiego futbolu,to zdecydowanie wole......rugby!

  • Szacuneczek dla tego koleżki, sam kiedyś próbowałem pisać różne takie opowieści i kilka z nich wciąż jest niedokończonych, niestety jak się prowadzi stronę w internetach to jest na to za mało czasu. Może kiedyś przysiądę i coś z siebie wyduszę :)